Idąc przez przeszłość dotarłam do teraz, czyli dlaczego wybrałam Edukację Domową część 1.

Moja Grafika.

Faraon miał Edukację Domową.
Moje dzieci, które urodziły się w roku Inez – 2002 i Blanka-2003 nie chodzą do szkoły. Formalnie spełniają obowiązek szkolny poza szkołą. Jako rodzina mamy już kilka lat doświadczeń. Sami z mężem chodziliśmy do szkoły, z różnym skutkiem, ale o tym innym razem. Mamy w każdym razie swoje doświadczenia jak to jest chodzić do szkoły. Są takie rodziny, które od kilku pokoleń nie wkroczyły w system szkolny, bo pamiętajmy, że to szkolnictwo jakie znamy jest stosunkowo młodym rozwiązaniem. Obecny system szkolny narodził się w Prusach przełomu XVIII i XIX wieku. (więcej na ten temat na blogu). Jakie były intencje i cel tego tak do końca nie mam pewności. To co wiemy na pewno, to zupełnie inne czasy. To ludzie byli nośnikami wiedzy, informacji. W wielu rodzinach edukacja była prowadzona od wieków, a właściwie od tysiącleci. Taki chociażby Faraon miał edukację domową. Rodziny królewskie, książęce, magnaci. Tak z czasem coraz szersze kręgi edukowały swoje dzieci za pomocą guwernerów. Otoczenie się zmienia. Potrzeby i możliwości są inne. Coraz więcej ludzi decyduje się na własną działalność. Minęły czasy wielkich molochów, linii produkcyjnych i podporządkowanych żołnierzy. Piszę o tym, choć właściwie to nie to miało dla mnie znaczenie przy wyborze alternatywnej drogi.

„Pamiętał wół jak cielęciem był” jest w kwestiach szkolnych istotną siłą.
Uprawiałam sport wyczynowy przez 8 lat w podstawówce. Choć chodziłam do klasy sportowej, to było nas lodziarzy solistów od 5ciu do 2 osób, to zbyt mało, by dostosować do nas plan lekcji i zdarzało się, że z 5 godzin lekcyjnych byłam na 2-ch. Opuszczałam każdego tygodnia do 15 godzin lekcyjnych z tytułu treningów, a dodatkowo były zawody w różnych miastach, obozy zimowe. Były semestry bez historii, bo wypadała w godzinach rannych, a innym razem bez geografii. Zresztą jeśli tydzień w tydzień z 2-ch godzin jakie przypadały na przedmiot „udawało” nam się być na jednej, to skrupulatnie wykorzystywaliśmy ten fakt, że przecież nas nie było i nie możemy odpowiadać, nie mamy pracy domowej, od kartkówek i klasówek też się migaliśmy. Jak nie ma sprawdzianów wiedzy, to ona do głowy tak bez powodu nie wpadała. Byłam dosyć zapracowana i na szkołę miałam niewiele czasu. To co mnie interesowało, to sport. Dostawaliśmy czasem, choć nienachalnie od szkoły dodatkowe lekcje wyrównawcze i to było cudne. Przez jedną godzinę lekcyjną mogliśmy ogarnąć temat w nieporównywalnie krótszym czasie. Moja mama miała w związku z tym stres, że przecież jest szkoła średnia i wiedza jest taka ważna, że rzuciła ziarnko co by w ósmej klasie zrezygnować ze sportu i zabrać się porządnie za naukę. Czy już mi wena opadła na to upadanie i podnoszenie się z lodowiska, czy jej wtedy uwierzyłam, że jakość mojego życia zależy od tego ile będę się uczyć, stało się podjęłam decyzję o rezygnacji. Zaczęłam normalnie uczęszczać do szkoły w klasie ósmej, która były ówcześnie ostatnią w szkole podstawowej. Aby przygotować się do egzaminów uczęszczałam na korepetycje. Tak jak wcześniej pasowały mi lekcje wyrównawcze tak też później korepetycje. Następnie szkoła średnia ekonomiczna. Wybór kierowany przekonaniem, że lepiej się tam przygotuję na studia ekonomiczne. Nie ma to jak zaplanować sobie przyszłość i całe życie kiedy się jest w podstawówce. W ekonomiku brak było lekcji z biologii i kiedy obudziło się we mnie pragnienie studiowania psychologii, to wrota do niej wydawały mi się zamknięte na zawsze.

Dotarłam do studiów na wydziale zarządzania. No teraz, to będę miała przecież łatwiej niż ci, którzy nie chodzili do szkoły ekonomicznej. Tak rozpoczynała się moja weryfikacja z życiem tego w co uwierzyłam wcześniej. Okazało się, że może przez kilka zajęć faktycznie pewne pojęcia były mi już wcześniej znane, ale Ci studenci, którzy byli zainteresowani informacjami po prostu przyswoili w moment, to co ja ślamazarnie wbijałam sobie do głowy kiedy mnie to jeszcze nie interesowało. Takie mega olśnienie, że kiedy się potrzebuje coś wiedzieć, to się da tego dowiedzieć. Trzeba było spędzić więcej czasu na zabawie niż na nauce, bo ona jednak wtedy poszła w las. Byli też tacy, których ta ekonomia nieszczególnie interesowała i takim co wleciało, to wyleciało. Jaki w takim razie był sens, to ja nie wiem. Sens, to chyba coś czego najczęściej nie dostrzegałam w natłoku informacji, które było oczekiwanie, że przyswoję.

Byłam dosyć pokorna i dostosowywałam się. Ściągi zaczęłam produkować i skutecznie używać od klasy czwartej szkoły podstawowej. Pani Sochacka obiecała nam, że jej nazwisko zapamiętamy do końca życia. Jak widać skuteczna była. Na sprawdzianach było odtwarzanie z pamięci tabelek i definicji. Ściągi sprawdzały się w tym przypadku rewelacyjnie i za to jestem jej wdzięczna. Tak do czasu pierwszych studiów. Każdy egzamin pisemny, czy czasem nawet ustny ze zwitkiem na kolanach. Im jestem dojrzalsza tym widzę więcej twórczych możliwości rozwoju i edukacji niż pisanie ściąg z intencją, byleby do egzaminu.

Psychologię studiowałam, bo potrzebowałam. Przede wszystkim dużo książek, warsztatów i egzaminy też były skonstruowane bardziej na rozumienie, niż odtwarzanie. Jakie, to było mega przyjemne czytać i myśleć co mi się przyda. Widzieć połączenie wiedzy z moimi potrzebami.

 

Wnioski z mojej edukacji szkolnej.

Piszę o tym, żeby zobaczyć to jeszcze raz trzeźwo i przytomnie. W podstawówce przez połowę czasu mnie w niej nie było, a przez drugą się migałam, bo przecież nie było mnie na pierwszej połowie i zawsze były wymówki. Jak już coś trzeba było zaliczyć, to podstawowe narzędzie w którym się wyspecjalizowałam, to ściągi. To co miało wtedy miało dla mnie sens, to lekcje wyrównawcze i korepetycje, na których tłumaczenie jakby było inne. Esencjonalne spotkanie, a później praca własna nad tematem. Nauczyciel stawał się bardziej przewodnikiem i łącznikiem pewnych luk w rozumowaniu niż egzekutorem. Przyswajanie na siłę, na zapas informacji do których nie dojrzałam było bezsensowne. Kiedy jest czas na dzieciństwo, zabawę, to jest na to czas. Ja go straciłam wiele. Jest w moim przypadku z tego korzyść. Teraz uczę się malować, szyć, szydełkować, gotować, kręcić kołem hula hop. To tak jakby to, czego nie zrealizowałam wcześniej czekało w kolejce. Dobrze i z tym, bo z każdym rokiem więcej umiem i kiedy pomyślę o sobie za 5 lat, to już teraz wiem, że wiele fajnych nowych rzeczy się nauczę. Ja jako 85 latka jaki mi się jako energiczna kobietka, która poznaje coś nowego i cieszy się tym.

 

Moja Bajeczka o Nowiutkim.

• Witaj Nowiutki. Masz tutaj już gotowe sadzonki. Wsadź je a szybciej zbierzesz plony. Nie możesz tracić czasu.

• Ależ teraz chciałem robić coś innego.

• Musisz słuchać starszych. My hodujemy sadzonki, a Ty musisz je wsadzać.

• No tak. Jestem tutaj nowy. Niewiele się jeszcze znam. Uczę się.

• Właśnie – niewiele się znasz, bo jesteś Nowiutki. Nowiutki i głupiutki. My Starszyzna wszystko już zaplanowaliśmy. Masz czas do jutra. Jutro przychodzę i sprawdzę jak się spisałeś.

• Mały człowiek wychodzi na dwór. Wszędzie biało, zimno. Ziemia jest twarda i zbita. W głowie słyszy cichy szept, że to nie na to czas, że coś nie tak, ale jest mały bezbronny i by przeżyć musi wykonywać polecenia. Ryje tą ziemię i wsadza takie piękne, soczyste zielone roślinki. Przychodzi kontrola.

• No widzisz. Widzisz jak pięknie. Widzisz jak chcesz to potrafisz. Tylko spraw się dobrze i dbaj o nie teraz. Jeśli one nie przeżyją, to dlatego, że coś zrobisz źle. Teraz są zielone, już prawie mają pączki. Widzisz mieliśmy rację. Będziesz Nas słuchał, to wyjdziesz na tym dobrze.

• …. mija kilka dni. Roślinki marnieją i nic z nich nie wyrasta.

• Ponownie przychodzi kontrola: Oj. Ja się tak starałem. Wyhodowałem roślinki w mojej szklarni, a Ty co. Nie zależy Ci na plonach? Nie zależy Ci na Twojej przyszłości?

• Och zależy mi – odpowiada i próbuje jeszcze raz i jeszcze raz. Zaczyna sadzić machinalnie, bez przekonania. Sadzi, bo musi, choć nie widzi sensu. Dowiedział się od sąsiadów, że to nie trwa wiecznie. To trwa jakiś określony czas, a później już przestaną zmuszać i dawać sadzonki. Byle to jakoś przetrwać. Później już będzie lżej.

• Nadchodzi wiosna. Nadchodzi czas, gdy ziarnko rzucone na podatną glebę potrafi zamienić się w drzewo. Na wszystko jest odpowiedni czas. Byleby tylko mały Nowiutki człowiek, który stracił już radość, ciekawość odnalazł to w sobie na nowo. Byleby ten mały człowiek chciał sięgnąć po ziarenka i zasiał to czego mu potrzeba, wtedy gdy jest na to czas.

….

Na Lini Czasu.
… Piszę o tym, bo przeszłość doprowadziła mnie do teraźniejszości. To jaki ma ona na mnie wpływ, to już mój wybór. To ode mnie zależy jakie intencje jej przypiszę i ode mnie zależy jakie wnioski wyciągnę z tych lekcji życia.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Idąc przez przeszłość dotarłam do teraz, czyli dlaczego wybrałam Edukację Domową część 1.

  1. Zaczęłam czytać Twojego bloga. interesujące. Też jesteśmy w ed.dom, i dużo czytam i słucham o tym jak jest na swiecie. Zaintrygowało mnie jednak to , co gdzieś napisałaś — jak się chce to można bez egzaminów.. hmm… odpiszesz na priv?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s