Nasza Edukacja Domowa cz.2

Edukacja Domowa Mandala
Edukacja Domowa Mandala

Domówki z przedszkolakami.
Dziewczynki chodziły do przedszkola, bo chciały. Przedszkole Montesoriańskie, które w miarę możliwości realizowało motto „Pomogę Ci to zrobić samemu”, było przyjaznym miejscem. Przez pierwsze 2 lata przychodziłam do przedszkola najpóźniej jak się dało. Zdarzało się, że przychodziłam i obserwowałam moje dzieci jak odnajdują siebie w grupie. Mieszkaliśmy tak blisko, że w naturalny sposób nasz dom stawał się przestrzenią na pogłębianie znajomości przedszkolaków. Już w wieku 3 lat Inez gościła u siebie koleżankę na nocne party. Przez długi czas drzwi nasze i sąsiadów z przeciwka były otwarte, a dzieci poszerzały swoją przestrzeń zabawy z rok starszym kolegą na dwa mieszkania. Zdobywały dzięki temu nowe wzorce postępowania w rodzinie. Zobaczyłam jaką wartość mają swobodne zabawy i jak istotny był udział dorosłych. To od nas zależało, czy pozwolimy, żeby drzwi były otwarte, czy poświęcimy czas na wzajemną gościnę w domach. Tak już jest, że dajemy dzieciom, to czego odczuwaliśmy duży brak. W moim przypadku był, to brak bliższych relacji z rówieśnikami. Szkoła, klub sportowy, to nie były miejsca, w których udało mi się rozwinąć w tych aspektach. Zazdrościłam tym, którzy odwiedzali się w domach. Miałam przekonanie, że mają możliwość bliższego poznania siebie nawzajem. Tak też realizowałam. Miałam pięć rodzin z którymi moje dzieci bawiły się „na domówkach”. Jest taka, z którą spotykamy się do dziś i razem spędzają wakacje. Tutaj szczególne podziękowania Adzie i Zosi, a zwłaszcza ich mamie Julii, za to, że jesteście.

Eksperyment Cieplarniany.
Jak Inez miała 5 lat i była już trzeci rok w przedszkolu nasyciła się tą przestrzenią i zaczęła prosić, abym przychodziła jak najszybciej. Kiedy się pytałam i szukałam odpowiedzi, czy coś się zmieniło, to nic takiego nie znalazłam. Wszystko było w porządku, ale już jej wystarczyło. Od pierwszych chwil pielęgnowałam moje córeczki jak skarby. Są też nimi. Pielęgnowałam ich indywidualność, ich kontakt z własnymi potrzebami. Wyróżniały się z grupy chociażby tym jak się ubierały. Zrobiłam eksperyment cieplarniany z 3 i 4 latką. Wcześniej przechodziłyśmy z jednej choroby w drugą. Ja mam taką wewnętrzną potrzebę udoskonalania, czasem prowadzi ona do drastycznych zmian.
Najpierw homeopatia, w trakcie której dowiedziałam się, że nic nie wiem o moich dzieciach i w ogóle się im nie przyglądam. Jak miałam dzwonić do Pani Doktor Homeopatki oblewał mnie już zimny pot. Dziecko ma kaszel, mówiłam przez słuchawkę i już drżał mi głos, bo zaraz padała riposta. To, żadna informacja proszę Pani, o której się zaczął…, jaki jest ten kaszel …, jaka jest skóra dziecka, jaka wydzielina, jak długo trwał i tak dalej. Proszę zadzwonić, umówić się jak już Pani będzie wiedziała. To była cenna lekcja. Lekcja uważności, patrzenia na moje dzieci. Bardzo cenna też w tym, że ceniąc sobie jej profesjonalizm nie chciałam rezygnować z jej usług ze względu na mój dyskomfort i samopoczucie. Jeden ze sposobów na mniejszą ilość kontaktów z Panią Doktor jaki znalazłam, to zmniejszyć ilość zapotrzebowania na jej usługi, czyli zdrowe dzieci. Gdybym wtedy wiedziała jakie będą skutki uboczne mojego eksperymentu mogłoby mi braknąć siły. Na szczęście nie znałam jeszcze moich dzieci.
Stare osiedle, a co za tym idzie dużo dojrzałych starszych pań i ja z moimi dziewczynkami, którym obiecałam sobie samej zaufać. Zaufać im, że wiedzą czego potrzebują. Umiały już wyciągać ubranka z szafki i nakładać je na siebie, w takim razie to był czas by same wyciągały, to na co miały ochotę. Na wsi byłoby łatwiej, a tu miałam wyzwanie Ja, a zresztą one też. Podchodziły do nas pełne zaangażowania babcie i mówiły, że przecież się rozchorują, a właściwie, to zapewne już mają zapalenie płuc. Kobiety łapały się za głowę. Same niebezpieczeństwa, nierówna droga, szkło, zimno, a Ja … matka, której brak wyobraźni. A Ja właśnie, że mam wyobraźnię i potrafię zobaczyć, też jasną stronę życia. Dziewczynki przyjmowały, to do wiadomości te różne strachy i szły dalej. Z każdym dniem spokojniej słuchały. Z każdym dniem wzrastała ich odporność. Odporność na temperaturę, na nierówności, na bakterie, na wirusy, a szczególnie na wirusy w słowach innych ludzi. Mnie było trudno. Musiałam się szybko uczyć. Czasem przymykałam oczy i czułam swoje serce. Co jest dobre, co wybieram. Czułam się tak, jakby była we mnie wojna. Kto ma rację. One, czy Oni. A Ja pośrodku. Kogo mam wybrać. Jak każda matka chciałam i chcę dla moich dzieci jak najlepiej w miarę moich możliwości. Reakcje otoczenia były dla mnie zrozumiałe, bo jak bym zobaczyła na przełomie października i listopada dziecko idące na boso, po chodnikach, po żwirze w centrum miasta, byłabym wtedy zadziwiona. Zdarzył się dzień, w którym na kałużach pojawił się lód, a dziewczynki widząc mnie w przedszkolu zamiast w szatni się ubrać, jak na przedszkolaki przystało, to ochoczo się uwalniały z rajstopek i butów. Kiedy tak patrzyłam na te moje maluszki, to sama niedowierzałam wręcz sobie.
Patrzyłam też na efekt, na rezultat, na cel, czy go osiągnęłam. Tak zaufałam moim dzieciom. Przestałam się z nimi kłócić, sprzeczać, walczyć o ubrania. Przestałam ograniczać, narzucać swoje zdanie w kwestii poczucia ciepła i komfortu, samoregulacji cieplnej. Nagrodą, skutkiem są zdrowe dzieci.
Jasiu bawi się na osiedlowym placu zabaw. Przez okno woła babcia. Jasiu Jasiu, chodź do domu. Dobrze babciu już idę. A Babciu, Babciu chce mi się jeść, pić, czy jest mi zimno…?
Wyjście poza schematy i sprawdzenie JAK JEST dało mi dużo siły przy moich kolejnych wyborach. Wierzę, że każdy z Was Kocha swoje dzieci. Chce dla nich jak najlepiej. Wierzę, że moje historie zainspirują Was do szukania swoich dróg. Nie moich. Ja nie znam odpowiedzi, recept na życie. Są prawdy fundamentalne, lecz odpowiedzi nosi w sobie każdy z nas.
Przychodzimy na ten świat sami i sami też z niego odejdziemy. Od innych możemy otrzymać w darze inspiracje. Nawet największe autorytety na tym świecie mogą Nas tylko zainspirować. Drogą idziemy sami. O ile idziemy swoją drogą i żyjemy własnym życiem.

Lekcje Biologii.
Oglądałyśmy „Było sobie życie”. Na szczęście zaczęłyśmy je oglądać kiedy dziewczynki były małe i jeszcze oglądałam razem z nimi bajki. Tak by mieć z nimi wspólną przestrzeń do rozmów, rozumienia siebie nawzajem, wymiany poglądów. Takie 3-4 latki mają w sobie świeższe spojrzenie. Mniej uwarunkowane przekonaniami, a więcej w nich pamięci ze źródła życia. Tego miejsca skąd, to nasze życie przychodzi.
Z zaskoczeniem obserwowałam ile te bajki wnosiły do naszej rodziny. Kiedy pojawiał się kaszel, katar, gorączka, było już jasne.
• „No dobra, wysyłaj tam swoich wojowników i zrób porządek”.
• Dobrze (bez cienia wątpliwości).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s