Nasza Edukacja Domowa – cz.6 Edukacja domowa w klasach 1-3.

2009-10-09_10_12_46Nasza Edukacja Domowa – cz.6 Edukacja domowa w klasach 1-3.

Pierwsza wizja.

Na początku była wizja. Ma ją wielu rodziców z którymi rozmawiałam o edukacji domowej. To takie mniejsze, bądź większe przeniesienie szkoły do domu. Dwa biureczka, dwa zestawy podręczników, plany co do organizacji dnia. Też tak miałam.

Pisanie stało się nauką. Na szczęście czytanie nie.

Dziewczynki chodziły do przedszkola montesoriańskiego. W otoczeniu zabawek edukacyjnych dziecko samo może wybierać, to czym jest zainteresowane. Blanka zakończyła przedszkole jako 5 latek. Inez 6-cio latek. Nie wiem na ile były tam uczone czytania. Mam takie wrażenie, że jeśli były zainteresowane to się rozwijały w tym obszarze zarówno w przedszkolu jak i w domu. Z perspektywy czasu zobaczyłam, że na szczęście w przypadku czytanie nie zdążyłam ze szkolnym systemem nauczania. Po prostu z dnia na dzień szło im lepiej, nie zorientowałam się kiedy i już czytały. Tak po prostu, tak zwyczajnie jak człowiek uczy się chodzić i chodzi. Z pisaniem było tak, że skoro znały literki i umiały już je odszyfrowywać, to umiały też je napisać. Dostawałam liściki pozostawione w różnych miejscach. Sprawiało im to dużo przyjemności. Rozwiązywały krzyżówki. Pamiętam jak 5 letnia Blanka siedziała na plaży i miała ochotę rozwiązywać swoje zadania, zamiast się kąpać z koleżankami w jeziorze. Byłam tym zadziwiona – Ok – jak wolisz. Miała potrzebę dokończenia, tego co zaplanowała. Tak było do czasu podręczników.

Zaczęło się. Jakiś wirus, przekonania, stres, bo przecież trzeba. Pisanie stało się nauką. Nie chodzi o to, że spędzały nad nim dużo czasu. Obmyśliłam sobie, że 20min dziennie wystarczy spokojnie na wywiązanie się z „moich obowiązków” i dzieci będą umiały pisać pisanymi w liniaturze jak przystało na pierwszoklasistki. Tak jakby wyczuwały, że ten czas poświęcony na naukę służy nie im, nie służy mi, ale systemowi. Skończyły się liściki. Chciały pisać drukowanymi, no ale przecież teraz już nie można, teraz trzeba się uczyć pisanymi. To masz babo placek. Karteczki się skończyły. Wcześniej założyłam sobie, że nie chcę walczyć z moimi dziećmi. Chcę współpracować. Pomagać im kiedy trzeba, ale co począć kiedy one nie widziały potrzeby pisania pisanymi. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Zajęło mi to trochę czasu, a opór z ich strony rósł. Napisanie 2 linijek na dzień stanowiło problem nie do przejścia. Twarde były. Na szczęście od pierwszych dni ich życia starałam się świadomie nie używać manipulacji jak to tylko możliwe i w tym przypadku też. Co tu robić? Łzy jak grochy i to z obu stron, a ja pośrodku z myślą: No a egzaminy? Co to będzie. Przecież jak nie zdadzą, to stracimy prawo do egzaminów. Gdy je słyszałam, to przytomniałam. To one mają się uczyć dla kogoś, czy dla siebie. Skoro nie czują potrzeby, to może jej nie dostrzegły. Gdzie by tu im pokazać, że w życiu pisanie pisanymi jest niezbędne i daje wymierne korzyści. Mówiąc w życiu mam na myśli sytuacje poza egzaminami, poza szkołą. Myślałam, obserwowałam dzisiejszy świat i …. nie znalazłam niezbędności, dla której warto wywalczyć u dzieci tą umiejętność nawet kosztem ich łez. Wielu ludzi dorosłych długopis w ręku ma kiedy się podpisuje. Spotkałam człowieka, który w Łodzi założył przedszkole, prowadzi je i dał radę. To niezwykłe kiedy człowiek nie ma rąk. Pisanie odręczne może być przydatne. Ja często piszę, ale nie jest niezbędne. Teraz nawet wyszukiwanie w internecie może być głosowe. Można dyktować książki. Nie wspominając o dzisiejszej wszechobecnej klawiaturze. W takim razie o co ten cały raban z liniaturą? W takim razie, o co tyle hałasu, nerwów, presji i straszenia.

Mamo. Ja muszę popracować nad tym pisaniem.

Przyszedł dzień kiedy dostałam nagrodę za moją wiarę, trzeźwość umysłu i hart ducha. Inez wróciła z obozu zimowego. Opowiadanie o tym co się tam działo, co jej się podobało Zapisałam, to do mojego wewnętrznego dzienniczka. Tak po cichu pomyślałam. No proszę mamy zaliczoną lekcję polskiego i wypowiedź ustną. Jedna z wypowiedzi ucieszyła mnie szczególnie.

– Wiesz Mamo. Ja, to muszę popracować nad tym moim pisaniem …

– …. Cisza … konsternacja … zaskoczenie.

Od tego dnia, kiedy pisała literki przykładała się do nich starannie i w jej oczach widać było zadowolenie z osiąganego postępu. Nie, żeby zaraz jakaś produkcja się zaczęła. Jednak jak już się zdarzyło, że coś pisała, to uważnie. To był taki moment, w którym aż zrobiło się we mnie cicho kiedy, to usłyszałam. Przyjęłam, to jako jej wybór. Podzieliła się ze mną swoim celem. Podejrzewam, że w trakcie obozowych zabaw urodziła się w niej ta potrzeba. To jest jej potrzeba i sama się nią zajmuje. Ja mogę jej w tym tylko pomóc, gdyby potrzebowała. Jednocześnie Blanka, też była na tym obozie i ma lekki stosunek do liter do tej pory. Może też przyjdzie taki dzień, a może nie przyjdzie. Kto wie?

Słyszałam dość często w trakcie ich łez. Zdarza się tak nawet w obecnym czasie:

– Czy My możemy już przestać się uczyć i iść poczytać?

– …(no jak to – a czytanie? To co, to nie jest nauka? Tak sobie myślałam. Najwyraźniej dla nich nie. Tak zostało do dziś. Może jest jeszcze nadzieja, że pisanie też nią nie będzie .) Ten brak połączenia zastanawia mnie szczególnie kiedy słyszę o tym jak dzieci niechętnie sięgają po książki. Jak mało czytają w obecnych czasach. A w moim domu obmyślam, co by tu zrobić, aby czytały mniej.

6-latki do szkół.

Uczyły się na początku razem, bo miałam taki pomysł, że będzie mi łatwiej się zorganizować. Doświadczyłam co to znaczy dzieci z rokiem kalendarzowym różnicy realizujące ten sam program. Ja miałam je dwie, a co dopiero Pani w szkole z większą ilością i zróżnicowaniem. Inaczej tego określić nie mogę jak ZABURZANIE naturalnych procesów. Jest taka akcja sześciolatki do szkół i jak szybko słucham argumentów, tak szybko przestaję ich słuchać, bo robi mi się słabo. JA NIE JESTEM PRZECIWNA. JA TO POSTRZEGAM JAKO JESZCZE WIĘKSZE ZABURZENIE I SZTUCZNOŚĆ do i tak nie łatwego życia w przeciętnej szkole. Ja w każdym razie sprawdziłam w praktyce i zrezygnowałam.

UŁATWIŁAM sobie życie, różnicując diametralnie stawiane przed dziewczynkami cele edukacyjne. Podejście indywidualne wydawałoby się bardziej pracochłonne okazało się bardziej energooszczędne, efektywne, dające przestrzeń na satysfakcję po obu stronach, na współpracę pomiędzy trzema.

Zobaczyłam, że to tak jakbym karała Blankę za to, że nauka idzie jej łatwo i dawała jej więcej wymagań. Tak jakby nie mogło przychodzić coś samo i bez wysiłku, tylko trzeba się napracować. Dużo mam tych przemyśleń, po moim eksperymencie. Więcej o tym może kiedyś innym razem.

20 minut dziennie czy zadania.

Zrezygnowałam z presji na pisanie. Zamieniłam je na minimalistyczne minimum pisanie przy okazji. Na początku miały po jednym podręczniku. W kolejnym roku zamieniłam na jeden dzielony na dwa, a w trzecim kupiłam podręcznik tylko dla siebie. Tak, żebym miała wyobrażenie co tam dzieci w tej szkole robią. Przecież nauczyciel żyje w rzeczywistości podręcznikowej. Jednak nie wciskałam ich pod nos dzieciom. W klasach 1-3 podręczniki są niebywale nudne, monotonne, powtarzające się zadania. Takie wypełniacze czasu dzieci. Ja nie miałam wyzwania – jak spacyfikować dzieci. Znalazłam książeczki kartkówki do drugiej, trzeciej klasy. Około 60 kartkówek w jednej książeczce do każdej klasy. Na każdej zmiksowane zadania. Coś do napisania, coś do policzenia. Taka esencja. Jak czegoś nie wiedziały, czyli samo do nich jakoś nie przyszło, to kilka słów i wszystko jasne. Codzienność sama przynosiła nam pytania dotyczące ich otoczenia. Temat np. wagi, pieniędzy, czasu nie wymagał szczególnego opracowania, „lekcji”. Na bieżąco w samochodzie, na spacerze, w sklepie, przy stole, w trakcie filmu, w różnych miejscach, o różnych porach, w różnych sytuacjach. Kartkóweczka tylko sprowadzała kilka informacji na papier. Przerobiły ich od 20 do 40. Można, to przeliczyć. Jedna zajmowała 15-20 minut. Takich „lekcji” z papierem i ołówkiem miały zatem średnio 30*20minut = 10 godzin zegarowych. Jak na cały rok szkolny, to to by było na tyle. Nie uwzględniam czytania, bo ono działo się i działo i działo. Samo, dla przyjemności i coraz więcej, coraz szybciej.

Na początku miałam pomysł, aby „lekcje” miały 20 minut, ale zobaczyłam, że 20 minut można odbębnić. Sama chodziłam do szkoły i zaczęłam też widzieć ołówek gryziony namiętnie z głową będącą w chmurach. A druga tym razem sprawnie i szybko ciach, ciach i zrobione jedno zadanie, no to następne. Jaka tu sprawiedliwość. Innym razem pytanie, to ja tłumaczę jednej a drugiej czas leci. No nie. Zabawa dla głupich i inteligentnych. Jak nie trzeba się przepracowywać, to po co. Jak się skoncentrujesz zrobisz co Ci kazali, to wpada ci kolejne zadanie. Jakiś bezsens. Przecież nie robisz i tak tego co chcesz, tylko to co Ci każą, no a sumienność nie popłaca. Można spędzić 20 minut i nie posunąć się o krok. A mój czas. To po co ja mam przeznaczać swoje 20 minut? W imię czego? Dla jakich korzyści?

Zdecydowałam. Lepiej – zadanie. Skoncentrujesz się. Szybko pomyślisz. Nagroda. Szybciej luz. Nie masz ochoty, nie chcesz, to już lepiej sobie odpuśćmy, bo po co bawić się w kotka i myszkę, jak znamy inne lepsze zabawy. Plany miałam, że zrobią całe kartkówki, ale powoli się budziłam i coraz bardziej trzeźwo patrzyłam na życie. Na to co jest potrzebne, co daje wartość, z czego jest korzyść. Jestem ekonomistką i przedsiębiorcą. Może gdybym pracowała w firmach i musiała oddawać swój czas, to może byłoby mi trudniej. Ja patrzę na efekty, na korzyści. Wyniki, oceny w dziennikach przy moim nazwisku nie przełożyły się na wymierne korzyści w moim życiu. Oprócz chwilowych słów pochwały. Na tym koniec. Nawet nie pamiętam ocen końcowych. Podstawówka, szkoła średnia, pierwsze studnia, drugie studia, nawet ocena z pracy magisterskiej jest jakaś mglista. Są wartości, które są cenne i które jeśli miałam przydały mi się wszędzie. Jednak, to nie te zdobywane nad podręcznikiem, zeszytem, czy w ławce.

Jakbym dziś zorganizowała edukację w klasach 1-3?

To był proces uwalniania się z nawyków szkolnych. Mówią, że prawdziwą wolną edukację mogą dawać swoim dzieciom rodzice, którzy byli edukowani domowo, bo nie są skażeni systemem szkolnym, który działa w świadomości, podświadomości, w przekonaniach, nawykach.

Dziś, gdybym miała trzecie dziecko i te doświadczenia, to odpuściłabym zupełnie. Klasa 1-3, to wiedza z otoczenia. Dziecko i tak się zapyta o znaki drogowe, będzie potrzebowało coś policzyć, zapłacić w sklepie, przeczytać, zważyć, kiedy robi ciasto. To co jest wystarczające, to zabawa. Swobodna zabawa z innymi, to wystarczy. Czasem dla przyjemności, można się przytulić, wziąć kartkę, długopis i przenieść na papier, to co dziecko już wie i umie. Najpierw uczy się mówić, później czytać, a pisanie to kiedy ma taką potrzebę. Są argumenty, że kiedy dziecko pisze, to ćwiczy mózg. Koordynację psychoruchową można ćwiczyć na wiele sposobów, a najważniejsze aby ten sposób niósł ze sobą energię. Przyjemność, satysfakcja, to czynniki, które sprzyjają życiu i są jak paliwo. Można kopać dół pod fundament ręcznie, a można kiedy potrzeba skorzystać z koparki. Tą siłą napędową w zdobywaniu nowych umiejętności jest motywacja wewnętrzna. Dziecko musi się chcieć nauczyć. Nie wystarczy, że my chcemy je nauczyć. Wiedzy nie da się wlać do głowy. Zgadzam się kropla drąży skałę i tak się dzieje często w systemie szkolnym. Coś tam w głowach zostaje. Każdy ma wybór. Może coś w tych głowach zostawać, albo dzieci mogą się zasilać, tym co postrzegają, doświadczają jako potrzebne i niezbędne.

Dziś Inez ma takie własne przekonanie.

– Jak będę chciała i będzie mi potrzebne, to wszystkiego się nauczę.

Ona nie widzi przeszkód, barier, blokad. Więcej jej uwagi jest kierowane w pytanie. Co jest jej potrzebne? Czego chce.

W następnym odcinku o Edukacji Domowej: Egzaminy i wybór szkoły do współpracy.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Nasza Edukacja Domowa – cz.6 Edukacja domowa w klasach 1-3.

  1. Dario miła 🙂

    Mam w sobie taką radość, kiedy czytam Twoje wpisy, że sobie postanowiłaś i to realizujesz.
    Bardzo mi się spodobały Twoje sformułowania, że „nauczyciele żyją w podręcznikowej rzeczywistości”, i „obmyślam, co by tu zrobić, żeby czytały mniej”.

    Ja czasem też obmyślam, bo książki zajmują mnóstwo miejsca (no już kupiłam czytniki), i kosztują (nie wszystko można za darmo załadować z wolnych lektur). Wiedzieliście, że ebooki jako produkt elektroniczny mają większy vat niż książki papierowe? Może powinnam popracować nad kwestią lokalnej biblioteki. Jak dotąd był opór w moich dzieciach do wypożyczania.

    Mam jedno pytanie: dlaczego sumienność nie popłaca?

    I mam jedną wątpliwość: wiem, że wszystkiego mogę się nauczyć jak będę chciała. Jednak teraz, jako osoba dorosła, żałuję, że nie nauczyłam się różnych rzeczy kiedy był na to bardziej sprzyjający czas. Drugiego języka, jazdy na nartach, gry na instrumencie. Może jeszcze paru innych. Myślę, że już tego nie nadrobię, nie mam już na to czasu. Chciałabym, żeby rodzice bardziej mnie do tego zachęcali (przymusili?) gdy byłam dzieckiem.

    Uściski,

    1. Dziękuję Ci Izo :).
      Na pytanie o sumienność i „nauczę się jak będę chciała”, odpowiem Ci w kolejnym wpisie. Dziękuję za podzielenie się Twoimi wątpliwościami.

      Z książkami też się przerzuciłam na Kindl’a i PocketBook’a (czytniki z elektroniczym atramentem). Wygodne. W wakacyjny odpoczynkowy tydzień dziewczyny przeczytały po minimum 10 książek. W tym Zwiadowców. Wcześniej nie miały kontaktu z książkami przez miesiąc, więc nadrabiały. Nie zabrałabym tyle pozycji ze sobą do lasu. Z drugiej strony – Czytniki wprowadzają zbyt duże możliwości :).

      Jeśli chodzi o bibliotekę, to może dziewczyny razem pójdą do biblioteki. Taka wspólna wyprawa przetrze ślad. Inez i Blanka korzystają biorąc po kilka naraz.

      1. Propozycja wspólnej wyprawy do biblioteki – genialna w swojej prostocie 🙂 Agnieszka do Waszej a Wy do naszej, później wciągniemy Michała.

      2. Beata – Komentarz z Facebooka: To ja ! To ja jestem ten leser co to wchodził na egzamin żeby zdac bez uczenia !!! I niczego nie załuję ! Jeśli sie ludziom każe uczyc dużo nieprzydatnych rzeczy to nie należy sie dziwic, że tak robą. Z reguły wracałam z jakiegos rajdu lub festiwalu piosenki studenckiej gdzie przy okazji realizowałam tez swoją pasję dziennikarską ( tak- byłam parę lat dziennikarzem studenckim ) i w niektórych przypadkach nawet nie wiedziałam z jakiego przedmiotu jest egzamin, he he…Ale koledzy mnie lubili to mi zawsze powiedzieli. Za to miałam bardzo kolorowe i szczęsliwe zycie studenckie którego bym nie zamieniła za nic ! I nawet Cie nie przeproszę za ti ze ja się nie uczyłam a Ty musialaś. Jak wiesz ja przez cale zycie dzialam metodą ” spróbuj a nóż sie uda” i udaje się- zapraszam na szkolenie w październiku.

  2. Beato,

    ale wyobrażasz sobie dzisiaj iść do lekarza, który tak studia zaliczył jak Ty? Albo powierzyć swój dom takiemu architektowi? Chodzi mi postawę solidności (chociaż przecież wiem, że w swojej działalności jesteś solidna, ale nie ma ona związku z tymi studiami), o odpowiedzialność, o zaufanie do ludzi wykonujących jakieś usługi/zawody. Oczywiście później życie / rynek zweryfikuje – ale nie chciałabym, żeby się lekarz weryfikował na mnie czy moich dzieciach 😦

    A przecież nie trzeba być na studiach, żeby wieść barwne życie młodego lekkoducha – wystarczy, że rodzice Cię utrzymują, albo sam się człowiek utrzymuje – i może robić co chce, rajdy, festiwale…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s